Kategoria: O szkole
Opublikowano: środa, 31, sierpień 2011 17:06
Super User
Odsłony: 22785

Wspomnienie pani Doroty Adamusiak – absolwentki XXVI Liceum Ogólnokształcącego w Łodzi; laureatki Olimpiady Literatury i Języka Polskiego; nauczycielki języka polskiego w latach 1986-2000; pomysłodawczyni i realizatorki I edycji Festiwalu Ekspresji Twórców Amatorów.

Kiedy dowiedziałam się o jubileuszu sześćdziesięciolecia XXVI Liceum wróciłam myślami do przeszłości, która już się nie powtórzy. Byłam świadkiem czterdziestolecia, od którego minęło zaledwie 20 lat, ale ileż rzeczy się zmieniło w szkole, w Polsce, w świecie i w moim życiu…

Moje pierwsze spotkanie z XXVI to spotkanie z człowiekiem – legendą , z dyrektorem Henrykiem Konarzewskim. Odwiedził moją podstawówkę, aby z bliska przyjrzeć się tym, którzy chcieli być jego licealistami. Budził respekt swoim basowym głosem i surowym spojrzeniem, patrzył na nas jakby chciał odgadnąć jakąś ukrytą prawdę, o której my sami nie mieliśmy jeszcze pojęcia. Dostałam się do szkoły bez egzaminów dzięki konkursowi polonistycznemu, w jakim z entuzjazmem wzięłam udział. Jako że nie chciałam przygotować się do podobnych zawodów z biologii, nie mogłam mieć piątki na końcowym świadectwie, a że nie umiałam żebrać o oceny, więc sytuacja była jasna: kara za brak posłuszeństwa – pierwsza z długiej listy… Pamiętam dobrze ten drobiazg, ponieważ po latach osoba, która nie mogła mi wybaczyć mojej stanowczej odmowy, stała się moją koleżanką z pracy – co za ironia losu…

Kiedy zaczęłam naukę w liceum, czekała mnie niespodzianka: zamiast dyrektora, nowa Dyrektorka – Danuta Falak, dotychczasowa zastępczyni Konara. Żadna z nas nie przypuszczała wówczas, że po latach spotkamy się znów, aby podpisać umowę o pracę. Nie byłoby to możliwe bez jeszcze jednej osoby, Jagody Perkowskiej i oczywiście szczęśliwego zbiegu okoliczności: moje marzenie o pracy w szkole (taka głupia żeromszczyzna) mogło się spełnić dzięki niespodziewanej zmianie personelu.

Jagoda była moim idolem w pierwszym semestrze ósmej klasy, ale przypłaciłam tę sympatię i nadmiar piątek w dzienniku systematycznym odpytywaniem przy tablicy, kiedy dopadła mnie jej następczyni. Jagoda była moją opiekunką praktyk w liceum po czwartym roku polonistyki i to ona zaproponowała mnie Szefowej jako ryzykowne rozwiązanie na osiem godzin tygodniowo, które szybko przekształciły się w dwanaście. Satysfakcja ogromna i ogromna odpowiedzialność, bo nie możesz się zbłaźnić przed uczniami, ani tym bardziej przed koleżankami, no i przed Szefową. Moje przejście na drugą, stronę barykady nie było bezbolesne, ale też nie traumatyczne. Jestem wdzięczna wszystkim kolegom za to, że pomogli mi pokonać ten etap bez większych problemów i że mnie zaakceptowali.

I kiedy myślę o tych, których już z nami nie ma (iluż mi brak…), czuję szacunek i wdzięczność za to, że nauczyli mnie myśleć na własny rachunek, patrzeć na świat z ciekawością, ale krytycznie, szanować cudzą pracę i nie zadowalać się przeciętnością.

I jeśli o wdzięczności mowa, to jest ktoś bez kogo nie byłabym ani polonistką, ani nauczycielką, ani autorką tego wspomnienia: Magda Płauszewska. Wiem, że się obruszy („nie opowiadaj głupot Dorota…”), ALE TO SZCZERA PRAWDA, BEZ SENTYMENTALIZMU!.

Była, jest i będzie dla mnie wzorem człowieka i nauczyciela – mistrza, który nie tylko uczy mówić i myśleć, ale też żyje tak, jak myśli i mówi, a to coraz rzadsze w dzisiejszym świecie.

Najpierw nauczycielka, potem przyjaciółka, zawsze gotowa wysłuchać i pomóc, lojalna, ale szczera, otwarta i dyskretna. Dlatego niektórzy lubią Magdę…

Kiedy patrzę z oddali na moje dziesięć lat pracy w szkole to myślę, że było warto, że miało sens, że zostawiłam za sobą jakiś ślad i że spotkałam ludzi, których warto było spotkać…

Ale sens mojej pracy niech oceniają moi uczniowie i niech mają litość nade mną…


Moja obecna praca różni się od poprzedniej, lecz jak mówi Magda, polonista to człowiek do wszystkiego pod warunkiem, że się przyuczy. Pracuję jako przewodniczka w muzeum, oprowadzam grupy hiszpańskie i angielskie (jakie szczęście, że miałam tylu dobrych anglistów!) Ale są też podobieństwa: pracuję głosem (zdarzyło mi się mówić do ponad 50 osób, ale po latach pracy w klasach z 40 nastolatkami nie miałam nigdy problemów z dotarciem do wszystkich – jak mówił jeden z moich szefów: Ciebie może nie widać, ale za to dobrze słychać), mam stały kontakt z ludźmi, których powinnam zainteresować i umieć odpowiedzieć na pytania, nie zawsze tak niewinne jak to pierwsze i obowiązkowe: skąd Pani pochodzi? Jeśli moi obecni szefowie są zadowoleni z mojej pracy, to powinni podziękować tym, którzy nauczyli mnie czerpania satysfakcji z dobrej roboty, którą w każdym zakątku świata prędzej czy później się docenia.

Jeśli szkoła ma przetrwać, jeśli jest potrzebna, to nie tylko po to, aby uczeń przyswoił wiedzę, ale też po to, żeby umiał się odnaleźć w coraz bardziej skomplikowanym świecie.

Jeśli zdołałam się zintegrować w środowisku zupełnie obcym to dlatego, że umiałam się otworzyć na to, co nowe i nieznane, na to co inne (i dlatego ciekawe), ale pamiętając o tym, kim jestem i skąd pochodzę. Nowy język, który wciąż poznaję, stał się kluczem do wielobarwnej kultury, której bogactwo mnie fascynuje. Mój świat się poszerzył i powiększył, choć zamieniłam Łódź na małe lecz urokliwe miasteczko.

Żyję z kapitału, którym jest bagaż kulturalny z jakim wyjechałam z kraju. Im większy kapitał, tym większe korzyści, dlatego zawsze wierzyłam, że „im więcej wiesz, tym lepiej dla Ciebie”.

Choć jestem przekonana, że specjalizacja zawodowa jest konieczna, uważam, że dobre przygotowanie w zakresie szeroko pojętej kultury jest niezbędne, aby nie być kaleką duchowym i dlatego mogłam poszerzyć moją wiedzę o historii Hiszpanii w stopniu zaskakującym moich obecnych kolegów z pracy i turystów. Nie jest to trudne, gdy chcesz i gdy jesteś przyzwyczajona do systematycznego poszerzania wiedzy.

A poza tym nigdy nie wiesz, kogo masz w grupie, więc lepiej nie popełniać błędów, które mogą być wytknięte publicznie przez kogoś, kto jest obeznany z tematem. Płacą ci za to, że wiesz, więc staraj się być na poziomie tego, czego od Ciebie oczekują.

Moje najtrudniejsze grupy to dzieci i młodzież szkolna, ponieważ rzadko się zdarza spotkać takie, które przyjeżdżają świadome celu wycieczki, a nie tylko po to, by uciec od nudy szkolnej. Kiedy patrzę na tych, którzy galopują po salach szukając wyjścia, myślę o stracie czasu i o tym, kto jest za to odpowiedzialny…

Nie sądzę, że odważyłabym się wrócić do nauczania w szkole (na pewno nie w Hiszpanii, gdzie nauczyciel jest coraz bardziej bezbronny wobec uczniów i rodziców), to już zamknięty rozdział w moim życiu. Nie oznacza to jednak, że chcę zapomnieć o tym, co przeżyłam i co otrzymałam najpierw jako uczennica, a potem jako nauczycielka, bo nie można się wyrzec beztrosko samego siebie. I jeśli mogę życzyć czegoś tym, którzy obecnie uczą się i pracują w XXVI Liceum, to przed wszystkim sukcesów osobistych i zespołowych opartych na wytrwałym przekształcaniu swoich marzeń i aspiracji w rzeczywistość, na przekór okolicznościom i ograniczeniom, które są po to, by się nie poddawać.

Wszystko to co jest coś warte i ma sens, buduje się krok po kroku, ale z uporem, z nadzieją i z wiarą, że można osiągnąć wytknięty cel. Więc niech nigdy ich nie zabraknie, aby można było świętować kolejne jubileusze.

 

 

Z najlepszymi życzeniami dla wszystkich
Dorota Adamusiak