List do p. Perkowskiej

 

Szanowna Pani Profesor,

w dniu 3.10.2009 roku zostałem przez Panią Profesor poproszony, abym obecnym uczniom 26 LO opowiedział, jak to dawniej w szkole bywało. Wychodząc naprzeciw Pani życzeniu, pozwolę sobie skreślić kilka słów na ten temat, gdyż nie wszystko da się opowiedzieć w krótkiej kilkunastominutowej rozmowie.
Nazywam się Janek Czemerski. Uczniem 26 Liceum byłem od roku szkolnego 1973/74 do 1976/77 włącznie. Pierwsze dwa lata spędziłem w klasie C – matematyczno-fizycznej (wych. p. Janina Kwaśniak), a później w klasie D – sportowej (wych. p. Miron Brylski).
Jako uczeń 26 LO uprawiałem lekkoatletykę, biegałem na średnich i długich dystansach, byłem członkiem kadry narodowej Polski juniorów. Udało mi się ustanowić dwa rekordy szkoły

  • na 1500 m – 4:00,4 (1975 r.) -

  • na 3000 m – 8:34,8 (1977 r.).

W roku 1976 zdobyłem brązowy medal w biegu na 3 km podczas Halowych Mistrzostw Polski Juniorów.
Z tego, co mi wiadomo, w dalszym ciągu są aktualne moje dwa rekordy okręgu łódzkiego -

  • 17-latków na 3 km (8:38,8)

  • 18-latków na 3 km (8:43,6 w hali).

Obawiam się, iż okres mojego pobytu w szkole to dla obecnych uczniów niemalże czas zlodowacenia środkowopolskiego. Był to czas obowiązkowej zmiany obuwia na tzw. juniorki, picia paskudnego mleka i noszenia tarczy szkolnej, która musiała być koniecznie przyszyta do rękawa.
Kiedy na korytarzu podczas lekcji dało się słyszeć głos pana dyrektora Konarzewskiego, to w klasie robił się tumult. Chłopcy zaczesywali nerwowo swoje „bujne” czupryny, dziewczęta natomiast w pośpiechu zdejmowały pierścionki, klipsy lub inne ozdoby. Głowy chłopców musiały być bowiem krótko ostrzyżone, a dziewczęta nie mogły nosić biżuterii i robić makijaży . Te ostatnie mogły liczyć - co najwyżej - na to, iż zimą, podczas największych spadków temperatur, dyrekcja ogłosi dyspensę w postaci zezwolenia na noszenie spodni.
Poniżej przedstawiam autentyczne scenki, które zapamiętałem z pobytu w szkole i aż się łza w oku kręci, że to już minęło.

Ten to jest mądry chłopak...

Pewnego razu chłopcy z mojej klasy Ic. powinni mieć lekcję WF-u w auli. Niestety, nauczyciel z jakiegoś powodu nie przyszedł, a my zaczęliśmy rozrabiać. Wtedy pojawiła się w auli pani prof. Śpiewak, która miała lekcję wychowania fizycznego poniżej w sali gimnastycznej i poleciła, abyśmy się zgłosili do pana dyrektora Konarzewskiego. 
Ja – jako gospodarz klasy – zaprowadziłem moich kolegów pod gabinet dyrekcji, a sam wszedłem do środka oznajmiając, iż chyba trochę rozrabialiśmy i pani profesor Śpiewak kazała nam się zgłosić do pana dyrektora.
Wtedy pan dyr. Konarzewski polecił, abym wprowadził wszystkich do środka. Z jego ust padło pytanie: „No i co geniusze z Karolewa? Co macie do powiedzenia?” Wówczas jeden z kolegów wyrwał się, iż byliśmy w auli 
i przyszła jakaś pani i nie wiadomo, co od nas chciała. Na te słowa pan dyrektor Konarzewski wybuchnął: „Ty jełopie, nie wiesz, o co chodzi?” Następnie wskazując na mnie dodał: „Ten to jest mądry chłopak, od razu się przyznał i powiedział o co chodzi.”

Co za Pela... ?

Podczas jednej z lekcji pan dyrektor Konarzewski zarządził zebranie wszystkich przewodniczących samorządów klasowych, aby podyskutować na temat kodeksu ucznia, o którym wtedy zaczęto rozmawiać.
Jako świeżo upieczony uczeń 26 LO dotarłem na miejsce z opóźnieniem i zacząłem się usprawiedliwiać: „Panie dyrektorze, przepraszam za spóźnienie, ale pani profesor Pela...„ Nie dokończyłem zdania, gdyż pan dyrektor Konarzewski przerwał mi: „Co za Pela? To ty nie znasz nawet nazwiska pani profesor.” Oj dostało mi się wtedy uczniakowi, ale skąd mogłem wiedzieć, że Pela to nie nazwisko, tylko przezwisko, skoro wszyscy tak wokół mówili.

Chłopak z ulicy z wami wygrał...

Będąc bodaj w klasie pierwszej (matematyczno-fizycznej) wziąłem udział w biegu przełajowym dla uczniów 26 LO, który został zorganizowany w parku na Zdrowiu. W tej imprezie obowiązkowo brali udział uczniowie klas sportowych, a inni licealiści, jeśli chcieli.
Po biegu, w którym zająłem 4. miejsce, pan dyrektor Konarzewski zaprosił zwycięzców (w tym mnie) oraz inne jeszcze osoby do swojego gabinetu. Pogratulował zdobywcom czterech pierwszych miejsc i powiedział: ”A reszta co?”
Później wskazując na mnie, zwrócił się do uczniów klas sportowych i stwierdził: ”I co, chłopak przyszedł z ulicy
i z wami wygrał.” Jak się później dowiedziałem „z mojego powodu” niektórzy z nich zostali „za karę” ...usunięci 
z klas sportowych.

Powiem skromnie - byłem "zdolny"...

Już jako uczeń klasy pierwszej zostałem wytypowany przez panią profesor Florczak – nauczyciela historii do udziału w olimpiadzie z przedmiotu, którego miałem się uczyć dopiero w klasie czwartej, czyli WOS-u (wiedza 
o Polsce i świecie współczesnym). Do udziału w olimpiadzie przygotowywał mnie pan profesor Ludwik Sawoniewski. Na szczęście zająłem 8. miejsce w etapie dzielnicowym i nie trafiłem do poziomu wojewódzkiego. Piszę „na szczęście”, ponieważ kolejne terminy olimpiady (szczebel wojewódzki i centralny) pokrywały się dokładnie z moimi zawodami sportowymi.
Wobec powyższego, poprosiłem, aby wycofano moją skromną osobę z tej olimpiady, gdyż nie chciałbym mieć 
w przyszłości dylematu, co wybierać: rozgrywki centralne olimpiady, czy też Mistrzostwa Polski w Lekkoatletyce. Pan profesor Sawoniewski nie chciał się na to zgodzić, ale pan dyrektor Konarzewski przyznał mi rację.
Szkoda tylko, że później tak bardzo się „opuściłem” w nauce WOS-u. W pierwszej i drugiej klasie zbierałem laury z tego przedmiotu, a na maturze dostałem zaledwie trójkę. Ale to już zupełnie inna historia.

Dyrektor Konarzewski - niech żyje... !

Było to bodajże w roku 1976, kiedy pan dyrektor Konarzewski miał wyjechać do Warszawy jako delegat na VI Zjazd PZPR (współczesnej młodzieży wyjaśniam, iż skrótowiec ten oznacza Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą).
Byłem w gronie szczęśliwców, którzy zostali zwolnieni z lekcji, aby na dworcu kolejowym Łódź Fabryczna pożegnać naszego dyrektora – delegata, udającego się na zjazd.
Wokół były tłumy ludzi. Orkiestra Poczty Polskiej przygrywała swojemu przedstawicielowi, jakaś pani – o ile dobrze pamiętam – Krysia otrzymała kwiaty i słodkości. My natomiast staliśmy biernie przy oknie pociągu, przez które wyglądał pan dyrektor Konarzewski. Podświadomie my też chcieliśmy coś zrobić dla naszego delegata, żeby się wyróżnić wśród innych. Ale co? Wtedy ja, mając za sobą wiele obejrzanych dzienników telewizyjnych (olimpiada WOS-u), z uśmiechem na ustach wydarłem się na całe gardło: „Wielki przyjaciel i wychowawca młodzieży – dyrektor Konarzewski, niech żyje!”, a pozostali licealiści ryknęli po trzykroć – „Niech żyje, niech żyje!, niech żyje!” Na twarzy pana dyrektora pojawił się uśmiech – udało się! Wszyscy wokół popatrzyli z podziwem.    Mam nadzieję, iż nikt z IPN-u nie będzie tego czytał, bo dostałoby mi się jako „utrwalaczowi władzy ludowej”.

Ideał młodego obywatela PRL, czyli ...

Pan profesor Sawoniewski – nauczyciel historii polecił, iż na zakończenie klasy czwartej, chcąc zaliczyć historię, każdy z nas musi napisać referat na jeden z trzech podanych tematów: coś o ZSRR (wyjaśniam młodym ludziom,
że to skrótowiec od Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich), coś o Napoleonie lub o ideale młodego obywatela PRL (Polska Rzeczpospolita Ludowa). Ja wybrałem ten trzeci rozszerzając go nieco – „Ideał młodego obywatela PRL - czyli dzieje Lizuska Dorobkiewicz i Jaśka Niecnoty łącznie spisane.”
To ja byłem tym Jaśkiem Niecnotą, a referat spotkał się z chłodnym przyjęciem. Obawiam się, że ja miałem odmienne poczucie humoru aniżeli to oficjalne. Ale czasy były ciekawe...
Mam nadzieję iż nie dotrze to do IPN-u, bo byłbym chyba zakwalifikowany jako „prekursor walki z powszechnie znienawidzonym systemem”. A tak żyję sobie spokojnie i chadzam swoimi ścieżkami.

Rozkaz jest rozkazem

Jestem bodaj jedynym uczniem tej szkoły, który w jednym tygodniu został zawieszony w prawach ucznia
i nagrodzony Złotą Honorową Odznaką 26 LO, które mam zresztą dwie w domu. A co ...!
Pewnego dnia idąc do szkoły, a była już za 5 minut godzina ósma, z daleka zauważyłem uczniów stojących przed szkołą w długiej kolejce, która ciągnęła się aż do drzwi szatni. Jak się okazało, pewna, dość korpulentna, pani profesor od matematyki stała w drzwiach szatni i pociągała za każdą tarczę sprawdzając, czy jest przyszyta do rękawa. Widząc to parsknąłem śmiechem i jakoś udało mi się wśliznąć poza jej plecami do szatni. Po przebraniu próbowałem z niej wyjść, ale nie sposób było tego zrobić obok stojącej pani profesor. Wobec czego, otworzyłem drugie skrzydło drzwi, a na zadane pytanie – co robię, odpowiedziałem, iż za dwie minuty jest godzina ósma i wiele osób niepotrzebnie spóźni się na lekcję.
Zostałem z tego powodu zawieszony w prawach ucznia, a nie wiedząc dokładnie, co to znaczy, opuściłem budynek liceum i pojechałem do domu. Około godziny dwunastej pojawił się u mnie kolega z klasy twierdząc, iż pan dyrektor Konarzewski dał mu 50 złotych, aby mnie przywiózł do szkoły taksówką.
Podziękowałem za taksówkę i sam przyjechałem autobusem do szkoły, a po zjedzeniu obiadu w stołówce, odmeldowałem się w gabinecie pana dyrektora. Usłyszałem wtedy: „Czemerski, może ty i miałeś rację, ale to tak jak w wojsku, rozkaz jest rozkazem i trzeba go wykonać.” Kara została cofnięta, a pod koniec tygodnia otrzymałem wspomnianą już odznakę.

Nie wybierasz się czasem do szkoły aktorskiej... ?

Podczas programu studniówkowego grałem rolę profesora Sawoniewskiego, wspomnianego już nauczyciela historii. Ponoć program podobał się do tego stopnia, że wszyscy pokładali się ze śmiechu i nikt nie zrobił mi zdjęcia. 
Nazajutrz, przy okazji zabawy postudniówkowej dla wszystkich uczniów szkoły (wtedy nie nazywano tego jeszcze dyskoteką), pan dyrektor Konarzewski spytał się mnie: „Czemerski, czy ty nie wybierasz się czasem do szkoły aktorskiej? - bo masz talent.” Odpowiedziałem nieco speszony, raczej nie, myślę o socjologii i tak się rzeczywiście stało.
Nasz program studniówkowy, który rozgrywał się w bajecznej krainie Henrykowo (to od imienia pana dyrektora Konarzewskiego),. Został powtórzony w Dniu Kobiet dla całej szkoły, co miało być dowodem uznania dla jego wykonawców.

Jesteś najpiękniejsza we wsi...

Rzeczami, których nigdy nie zapomnę, były barwne komunikaty i apele z udziałem pana dyrektora Konarzewskiego. Podczas jednego z nich w auli pan dyrektor zauważył dziewczynę, która miała sukienkę mini. Polecił, aby ta weszła na scenę i powiedział: „Pokaż się, niech cię wszyscy zobaczą. Jesteś najpiękniejsza w całej wsi, kiedy w czasie żniw wszyscy pójdą robić w polu.”
Tym sposobem, w 26 LO już przed wieloma laty odbył się jeden z pierwszych wyborów miss w naszym kraju. 
A tak przy okazji, dziewczyny w naszym liceum były i są w dalszym ciągu bardzo ładne.

To ty chodzisz do szkoły muzycznej... ?

Podczas pobytu na jednym z obozów sportowych ŁKS-u rozwinął się temat, kto do jakiej szkoły chodzi. Jeden
z kolegów – Stefan powiedział, iż chodzi do technikum elektrycznego, przy ulicy Fornalskiej (obecna ul. Wileńska). Na to odezwałem się ja: „Słuchaj, to ja chodzę do szkoły na tej samej ulicy, tyle że – na rogu Bratysławskiej.”
Wtedy Stefan mocno zdumiony spytał się: „To ty chodzisz do szkoły muzycznej?” „Do jakiej muzycznej?” – odpowiedziałem. „To jest 26 Liceum”. Stefan zaś odparł: „A ja cały czas myślałem, że to szkoła muzyczna, bo ilekroć tamtędy przechodziłem, to przez otwarte okna słyszałem komunikaty: „Tenory, próba o godzinie 14, alty – próba o ...”

Czemerski, ty będziesz niósł tablicę...

Pewnego roku, nasza szkoła miała reprezentować dzielnicę Polesie podczas uroczystości zakończenia roku sportowego na stadionie ŁKS-u. W tym celu przed szkołą zebrały się wytypowane osoby, wśród nich jeden chłopiec z tablicą, na której był napis „POLESIE.” Chłopak ten zaczął wyczyniać harce z tablicą. Widząc to pan dyrektor Konarzewski wychylił się przez okno i zaczął krzyczeć: „Ty, do mnie!” Blady strach padł na wszystkich 
i zaczęli się rozglądać, o kogo chodzi. Wtedy pan dyrektor powtórzył jeszcze raz: „No ten głupi, do mnie!” W tym momencie nieliczni przychodnie przyspieszyli kroku, aby ktoś sobie nie pomyślał, że to o nich chodzi. Wreszcie padły słowa: „No ten z tablicą, do mnie!”
Kiedy chłopak przyszedł z ulicy do szkoły, pan dyrektor odebrał mu tablicę i zwracając się do mnie powiedział: „Czemerski, ty jesteś mądry chłopak, ty będziesz niósł tablicę.”
W czasie, gdy przedstawiciele innych dzielnic siedzieli leniwie na trawie czekając na moment przemarszu po bieżni stadionu, dzielnica Polesie (czytaj 26 LO) ćwiczyła krok defiladowy, a ja – „wyróżniony” – z nimi. 

To tyle moich opowieści. Nie chcę Uczniów 26 Liceum i Pani Profesor dalej nimi zanudzać, ale – jak sami widzicie – to były wspaniałe czasy i jest co wspominać. Proszę mi wybaczyć mój chropawy styl, ale od lat nie „popełniłem” tak długiej wypowiedzi pisemnej, a ręka drży. Wszak piszę do Pani Profesor, która była moją Polonistką i Egzaminatorem w czasie pisemnej matury z polskiego. Czasy wspaniałe, a LUDZIE jeszcze bardziej wspaniali. Pani Profesor zaś jest tego najlepszym przykładem!

 

 

Z najlepszymi pozdrowieniami!
Janek Czemerski